Recenzja tomu: Wojciech Kass, Krzysztof Kuczkowski, "Pieśń miłości, pieśń doświadczenia", Galeria Autorska Jana Kaji i Jacka Solińskiego, Bydgoszcz 2006, w: "Latarnia Morska" 3 (7) 2007.

Pieśń światła, pieśń ciemności

Wspólną książkę Wojciecha Kassa i Krzysztofa Kuczkowskiego wydała pięknie Galeria Autorska Jana Kaji i Jacka Solińskiego w Bydgoszczy. W tym wydawnictwie (i oprawie plastycznej, budzącej niskie uczucie zazdrości), ukazywały się już wiersze Krzysztofa Kuczkowskiego - "Anioł i góra" (1996), "Niebo w grudniu" (1997). Twórca i naczelny "Toposu", połączył się w omawianej tu publikacji, z drugim autorem - Wojciechem Kassem, podobnie jak uczynił to w roku 1995, kiedy to w Gdyni wydał poemat autobiograficzny "Stado" wraz z drugim poetą - Krzysztofem Szymoniakiem, który zamieścił we wspólnym tomie utwór prozą i wierszem pt. "Nasza mała metafizyka". Zestawienie się autorów w jednym woluminie, można przyjąć jako przypadkowy akt współpracy, czy "moment towarzyski"... Ale nie jest bez znaczenia przecież, z kim siadamy do stołu, z kim dzielimy kartki książki. Chcąc nie chcąc, zestawiamy obu autorów, porównujemy nolens volens - i nie uciekną przed tym ani obaj poeci, ani czytelnicy tej książki.

"Pieśń miłości", tak zatytułował cykl swoich wierszy Wojciech Kass. Już pierwszy utwór "Śpiew dusz radosnych" zaczyna "Komin jak iglica..." z charakterystycznej dla Kuczkowskiego napowietrznej rekwizytorni, w następnym wierszu "Planety są w nas/ przemarsze mgławic/ przeciągi komet..." Wreszcie w "Stopniowaniu porzeczki" czytamy "Kurczy się nam przestrzeń -/ właśnie to miał na myśli poeta z Sopotu/ kiedy pod nosem mruczał słowo <<tlen>>". Tak więc autor świadomie nawiązuje dialog, rozgrywa sytuacje z tekstów partnera, twórczo je przenosi, budując własne obrazy i myśli. I nie jest to zależność (młodszego o prawie dziesięć lat) ucznia, w stosunku do mistrza. Mistyka światła, promienia słonecznego buduje tu świat jasny, niełatwego optymizmu, który nie waha się odwołać do Zielonego Konstantego, którego Praniu poeta wiernie stróżuje. Policzyłem: aż dziewięć razy powtarza się wyraz "światło" w wierszu "Pocałuj w usta światło". To ono ma zamknąć "otwartą ciemność". Jest w tych utworach wiara w iluminację, tonacja mistyków, ojców Kościoła, którzy idąc za Arystotelesem, przekonują nas, że bez promienia Boskiej radości, nie zrozumiemy ani świata, ani siebie. A gdy się już to stanie, wtedy "Zerwane obrazy obracają się, obracają,/ słowa toczą się, toczą/ wiersze radują się, radują." ("Pocałuj w usta światło"), wyznaje z bezbronną szczerością Wojciech Kass, bo teksty te buduje emocja, liryczny żywioł, narracja, na którą składają się zwykłe, codzienne troski i radości. Pojawiają się rodzice, imiona dzieci, przezwiska kolegów z podwórka, zabawy z synem przywodzą na pamięć obrazy, głosy, zapachy sprzed lat. Teksty często bez poetyckiego sztafażu, odkryte, głęboko sensualistyczne, nasycone liryzmem.

Obca jest poecie oschłość, oszczędność wiersza wywiedzionego z dykcji, z poetyki Tadeusza Różewicza czy Zbigniewa Herberta. Nie chce pamiętać Przybosiowego przykazania "Najmniej słów". Z naturalną swobodą przypomina czułe sceny ze swego dzieciństwa "Mamo, tato, pani Reniu!/ Szykuję się do skoku na ich kolana/ ale zamiast poczuć w ramionach silny kark ojca/ ucho matki na policzku, zimną iskrę jej kolczyka/ spadam w przepaść." ("Wybiegłem z tego snu") oraz rytuały chłopięcych inicjacji: "Stałem w wodzie i uczyłem ją pływać/ i gdy dłoń wsunąłem..." ("Słońce zachodzi w południe"). Po tym nawrocie do przeszłości, przychodzi kolej na poetycką relację z dnia codziennego: zabawy z synem, ojcowska troska, imiona dzieci, wreszcie testamentarne zapisy piękna i tajemnicy naszego świata ("Napowietrzne huśtawki"). Euforyczne wzloty zamyka nagłe opamiętanie "choćby ostatecznie/ miało to być/ sypkie próchno/ sypki proch prószącego świata", czytamy w wierszu "Wznośmy ku niebu nasze posłania". Dwa ostatnie utwory cyklu - wyżej cytowany i "Czarna łza", zdają się zapowiadać inny język, innego poetę - bohatera drugiej części omawianego tomiku - Krzysztofa Kuczkowskiego. "Co zostanie z zachwytu nad zachodem słońca/ wzniecającego pożar chóru sosen" pyta Wojciech Kass w ostatnim wierszu cyklu "Pieśni miłości".

Druga część książki, to "Pieśń doświadczenia" pióra Krzysztofa Kuczkowskiego. Jego poprzednia publikacja pt. "Tlen" (2003 rok) pytała, upraszczając, o "Pewność wiary czy zachwyt nad pięknem stworzenia...", nie unikała "wytwornej metafizyki" i "...ostatecznej odpowiedzi: widzieć i pisać, czy wiedzieć i milczeć" (vide recenzja niżej podpisanego, "Twórczość", XII 2003). "Pieśń doświadczenia" obraca się w kręgu legendy, symboliki Emily Dickinson i kultowego filmu Jim Jarmuscha - "Dead Man" ("Truposz") z roku 1995, obecnego przelotnie na naszych ekranach rok później. Bohaterowie wierszy Krzysztofa Kuczkowskiego rozgrywają sytuacje z biografii poetki i wspomnianego filmu, dopisując własne kwestie, wypowiedzi. Utożsamiają się z postaciami, dystansują się, wprowadzają elementy własnego życiorysu, marzenia, sny. Wszystko to dzieje się dziś, teraz, na gorąco i ma swój wymiar tak tragiczny, jak i groteskowy. Wywołane z przeszłości postacie - jak upiory, wychodzą na żer i szukają świeżej krwi. Węszą za nią - i znajdują ją w gardle poety, w pulsującym przegubie jego piszącej ręki.

Oto filmowy William Blake w wierszu pt. "Truposz", udręczony między dwoma zwierciadłami (vide "Przyszedłem ciebie odwiedzić" w tomie pt. "Tlen"); oto ojciec poetki - John Dickinson, kostyczny nadzorca diabelskiej Machiny (machina z języka greckiego - fortel, podstęp, intryga), w której chciał pracować wędrujący Blake. Jest i miasto, w którym "Uwięzieni w śpiewie maszyn/ przerzucają kładki między przepaściami,/ balansują na wiszących pod pułapem/ schodach jak na trapezach..." ("Dickinson metal works"). Ten czarny świat przypomina odwrócenie "bożych młynów", sprawiedliwie mielących mąkę dla bożych ludzi. Młyny bogów mielą powoli - mówili Grecy - więc sprawiedliwie. Jest wreszcie i wiersz pt. "Pan Dickinson", w którym autor próbuje wygnać upiora - ojca poetki, ze swego wnętrza - "Niech zamieszka w dzikich/ kotach koczujących pod oknami wdów,/ niech ukamienują go chłopcy z sąsiedztwa." Poprzez film Jarmuscha spotkamy się też z postacią Thel, którą reżyser przejął z poematu Blake'a o córce serafinów, pt. "Księga Thel". Filmowa bohaterka ginie zastrzelona, w wierszu Kuczkowskiego wytwarza sztuczne, papierowe kwiaty. Zrealizowany w poetyce westernu, mistyczny poemat - film Jarmuscha, nie jest wolny od specyficznego komizmu. W jednej ze scen "łowcy głów" - czarne charaktery w pościgu za bohaterem obdarzają widza komicznym dialogiem, nazywają bliźnich Filistynami a więc tymi, których należy zniszczyć, zabić, wytracić. Ten motyw w wierszu zamykającym książkę, zostaje z całą powagą i odpowiedzialnością moralną, przejęty przez autora cyklu, wraz z mottem, zaczerpniętym z filmowego dialogu. Poeta słyszy "...dochodzący z daleka jakby inny głos: "Puść go"/ - mówił -"Puść go wolno". To był mój głos". To słowo, jak pisze w poincie wiersza i książki Krzysztof Kuczkowski, "rozlegać/ się będzie aż do skończenia świata." ("Filistyni").

Tak kończy się relacja z eschatologicznej podróży (tropem Orfeusza? Wergilego?), do krainy ciemności, diabelskiego świata przemocy, symbolicznej Machiny, siedliska brudu i wyuzdania. Ranny Blake ucieka na skradzionym koniu, by wreszcie za sprawą postaci o imieniu Nobody, udać się symboliczną łodzią w tajemniczą, ostatnią podróż przeznaczenia - tak jest w filmie Jarmuscha. Inaczej u Krzysztofa Kuczkowskiego. Poeta żegna nas Chrystusowym przywołaniem "Byście się wzajemnie miłowali". Oto kończy się świat zła i "oka za oko", zaczyna się Nowy Testament, słowo Miłości. Piekło symbolicznej Machiny (dopiszmy, że można ją oswojoną, wziąć dziś do ręki, w postaci luksusowego pisma pt. "Machina"), staje się biograficznym doświadczeniem z dzieciństwa poety: groza dzielnicy zwanej Tajwanem, ojcowska garbarnia, wciąż trwają: "Dlaczego w mojej głowie obracają się/ bębny pełne świńskich skór/ i chemikaliów?" ("Dickinson metal works"). Miasto, ongiś wymierzane - wyznaczane przez kapłanów, będące symbolem boskiego porządku (vide z greckiego źródłosłowu podobieństwo łacińskich wyrazów urbs - orbis, miasto - świat), zostaje poddane okrutnemu doświadczeniu, w sensie - oczywiście nie empirycznym lecz metafizycznym. Krzysztof Kuczkowski mimo, że posługuje się legendą Emily Dickinson i filmu Jarmuscha, buduje własny unikalny świat, poza kategoriami czasu i przestrzeni, mówi własnym, osobnym głosem.

Tak więc doświadczamy w omawianym tomie, jak u manichejczyków, synkretycznego aktu światła i ciemności, dobra i zła, które (zdają się mówić obaj poeci) nie mogą istnieć bez siebie. Duch i materia, dwa skrzydła rzeczywistości i człowieka, sprzeczne same w sobie, dopełniają się wzajem, jak dwa głosy - pieśń miłości i pieśń doświadczenia. I tak mogłoby kończyć się omówienie tomiku Wojciecha Kassa i Krzysztofa Kuczkowskiego, gdyby nie pytanie niepokojące: jak czytać, widzieć te wiersze, jeśli cykl utworów Krzysztofa Kuczkowskiego jest również pieśnią, doświadczeniem miłości?

Jerzy Grupiński

Zawartość tej strony wymaga nowszej wersji programu Adobe Flash Player.

Pobierz odtwarzacz Adobe Flash

Projekt i realizacja: 1.2.1 STUDIO REKLAMOWE