Recenzja tomu: Wiersze [masowe] i inne, Fotografie: Witold Jurkiewicz, Biblioteka „Toposu”, T. 53 , Sopot 2010.

ŻYCIE I ŚMIERĆ WIELKIEJ MAŁPY

Życie bez człowieka jest możliwe. Życie bez człowieka jest niemożliwe. Mam wrażenie, że wiersze z ostatniego tomu poezji Krzysztofa Kuczkowskiego są rozpięte w przestrzeni zakreślonej przez obydwa te zdania. Ich pochodzenie jest znane – stanowią parafrazę słynnego dystychu z wiersza bez. Nie tylko w tej książce autor Tlenu podąża ścieżką Mistrza – w sposób o wiele bardziej konsekwentny niż wielu innych. Nie tylko w tym wzbogaca Różewiczowską tradycję o nowe tony. Dodaje do niej swój własny głos.

Na pytanie, w jaki sposób umiera człowiek, ma odpowiedź najprostszą, najbardziej zastanawiającą – niepostrzeżenie. Stąd zadanie wiersza: uchwycić symptomy, dostrzec zapowiedzi. Jeszcze robimy remonty, snujemy plany. Właśnie szukamy miejsca na parkingu. Ale tak naprawdę jesteśmy martwi. Wstajemy z łóżka, chodzimy po kuchni, coś do kogoś mówimy, zaczął się Nowy Rok, ale nas już nie ma:

(…) czy to ty
zjadłaś ten kawałek skały
wulkanicznej, który jeszcze wczoraj
leżał na talerzu? A kapary? Czy ci
smakowały? Z kaparami smakuje
najlepiej. (...)

Po zabawie zostały resztki pożywienia, resztki głosu. Nie można zaspokoić głodu, bo ludzkie jedzenie się skończyło. Nie można mówić, bo skończyły się ludzkie słowa. Zostały frazesy, które nie odsyłają już do żadnej rzeczywistości. Wciąż udają swoje performatywne, sprawcze funkcje, ale nie mogą ich już spełnić. Mówienie się absurdem. Jedzenie staje się absurdem. Oczekiwanie zastyga w pustce. Jeszcze przed chwilą było tu ludzkie życie, ale teraz go już nie ma. Wielka Małpa nie żyje. „Nie hukiem i skomleniem/ rozpocznie się ten świt,/ ale milczeniem.” Tak kończy się ten wiersz – parafrazą z Wydrążonych ludzi Eliota, bo opowiada taką właśnie historię – dzieje wydrążenia.

Wątki tej historii wiodą przez rozmaite wiersze. Każdy z nich odsłania jakiś rodzaj rozkładu, wydaje się jednak, że ze szczególną uwagą poeta przypatruje się rozpadowi czegoś, co jest samym sercem kultury, jej spoiwem i fundamentem. Myślę o mitach – o narracjach, dzięki którym oswajamy świat, układamy go w całość, zmieniamy w mieszkanie. Jak to się stało, że nawet one zostały wydrążone? Jak to możliwe, że tak ważny stał się dla nas Ken? Jak to się stało, że śnimy o Barbie? Odpowiedź, jaka pada w wierszach Ken i Barbie, pozostaje daleka od jednoznaczności. Jeśli mamy do czynienia z moralizmem, jest to moralizm świetnej próby – moralizm z polskiej renomowanej, znanej w świecie szkoły, moralizm ironiczny... Autoironiczny? Oczywiście. Wcale nie jest przecież przesadą stwierdzenie, że pozwoliliśmy wydrążyć również wielką opowieść o poecie. Jak pisze autor: „Orfeusz wchodzi do pubu”. Nie potrzebujemy już „wierszołapów”. Może dałoby się przeżyć w budzie, „ale w budzie mieszka już pisarz/ Salinger, którego ojciec/ robił kiełbasy w NY i podobno/ handlował z Polakami.” Nie da się zamieszkać w żadnym micie – nawet plebejskie okazują się zajęte. Nie potrzebujemy zapisywaczy swoich prywatnych, głupich wojen ze światem. A nasza opowieść o oblężonym mieście? No cóż: stała się (w wierszu Barbarzyńcy) narracją o utracie ludzkiej tożsamości...

W twórczości Eliota, Różewicza (i wielu innych) dzieła pustoszenia mitów dokonuje przede wszystkim spłaszczająca wszystko i wszystkich popkultura. Parafraza słynnej wypowiedzi Tadeusza Różewicza skierowanej do czytelników – dokonana w tekście Dwa listy (Tadeusz Różewicz – Andrew Lahde) – dobrze odsłania proces swoistej diabolizacji kultury masowej, dokonywanej przez autora Płaskorzeźby. Można by pomyśleć, że tak też dzieje się u Kuczkowskiego, ale stosunek dawnego redaktora „Gitary i Basu” do popkultury jest skomplikowany... Poezja masowa – tytuł tego wiersza wydaje się ironiczny, przedstawiona w nim scenka domowego słuchania Katie Melua też nie jest pozbawiona cierpkiego humoru. Ale finał liryku mówi o gorących, erotycznych źródłach, o jasnościach naniesionych przez muzykę. O blasku, który skrywa to, co cenne? O tym, że także pop ma szansę uczestnictwa w świetle? Przychodzi mi do głowy także inny tekst. Należy do cyklu wierszy z aniołami, który Krzysztof Kuczkowski przeprowadza przez kilka ostatnich tomów. Nosi tytuł Anioł Jeffa Buckleya. Myślałem na początku, że tak jak w innych utworach cyklu, choćby w zamieszczonym w omawianym tomie tekście Anioł Pasoliniego, autor próbuje uchwycić istotę całej twórczości artysty, jego artystycznej osobowości. Okazało się jednak, że wiersz jest swoistą ekfrazą – poetyckim ekwiwalentem jednego teledysku. (Nie jestem pewien, czy istnieją w naszej poezji ekfrazy teledysków. Jeśli nie są zbyt liczne, tekst Kuczkowskiego miałby charakter prekursorski).

Pozostawione w tekście wyraźne tropy pozwalają na precyzyjną identyfikację. Chodzi o cover Hallelujah Leonarda Cohena. Powiem od razu: niezwykły. Zmieniając oparty na prościutkich rozwiązaniach harmonicznych beat Cohena, odmieniając tonację i całkiem sporo innych muzycznych detali, które wymagają obszerniejszego omówienia, Jeff Buckley – popularny w kręgach alternatywnego rocka – przemienił balladowy melodramat w spektakl niemal mistyczny. Świetną pracę wykonał reżyser teledysku. Całość uderza swoistą ascezą. Nie tylko muzyka (głosowi Buckleya towarzyszy wyłącznie specyficznie wykorzystana gitara elektryczna), ale także kolorystyka – utrzymana w ciemnych sepiach – gra światła i cienia, powściągliwy ruch kamery skupiający się przede wszystkim na twarzy wokalisty, na jego ustach – wszystko to buduje klimat surowy i przejmujący. Tak jest też w wierszu Kuczkowskiego. I tu także oko patrzącego skupia się na twarzy: „jaki anioł jest bardziej/ prawdziwy od tego, który/ mieszka w ustach?” Światło prowadzone jest w teledysku w taki sposób, że połowa twarzy Jeffa Buckleya pozostaje w blasku, zaś drugą skrywa nieprze-nikniona ciemność. Tekst i muzyka opowiadają właśnie o tym – o uwikłaniu w ciemność, o bólu, rozczarowaniu i tajemniczym, rosnącym gdzieś w głębi okrzyku „hallelujah!”. I’ll stand before the Lord of Song/ With nothing on my tongue but Hallelujah. Buckley opuszcza ten ostatni wers ballady Cohena, nie ma go też w wierszu Kuczkowskiego. Jest za to coś innego. Jest anioł, który „zbiera się w kącikach ust” i prowadzi do gorzkiej wiedzy, że „miłość nie jest marszem/ zwycięstwa, ale niekończącym się/ szeregiem klęsk, po których/ – wciąż wyżej i wyżej – wspina się/ twoje Alleluja.” Inaczej niż Cohen, obaj artyści starają się uniknąć łatwego morału. Ich głos pozostaje bardziej subtelny, silniej wydobywa dramat człowieka; daleko tu od łatwych pocieszeń. Stąd siła ich przekazu.

Kiedy słuchałem (po raz kolejny) Hallelujah, myślałem o innym jeszcze pytaniu, które stawia Kuczkowski. Cover Buckleya jest po prostu piękny. Sopocki poeta pyta właśnie o piękno, o jego źródło. Skąd się bierze blask? Nie z nas, nie z naszego nędznego życia. Więc skąd? Chyba skądś spoza. Więc także przez nasze brudy, przez nasz powikłany los, przez nasz głos, przez rocka może przemawiać Tajemnica? Wygląda na to, że tak. Idea „mowności” – tak silna w poprzednim tomie pisarza – pojawia się także w nowym zbiorze. Także tu mówi się o języku, „który sam sobie/ wybiera usta, żeby przez nie mówić”. A jeśli tak, to czy mówi także przez naszą śmierć? Czy mówi przez śmierć Wielkiej Małpy? To prawda, zdaje się mówić autor, coś w nas umiera, jakaś część nas samych poddana jest śmierci. Wobec śmierci stajemy bezradni (przejmujący wiersz Romek). Tymczasem przez nią przeziera Inne. Cykl Hoffman, siedem prób tematu: poeta – wiersz jest osobliwym, lirycznym towarzyszeniem śmierci. Zapisem znikania, odchodzenia, zapisem znaków Innego: „z trudem łapie powietrze. Patrzy/ do wewnątrz. Widzi/ gdzie indziej.” Może jest tak, że nie umieramy całkowicie? Może jest tak, że jakaś część nas samych właśnie wtedy się rodzi? To nie jest poezja, która udziela kategorycznych odpowiedzi; to są wiersze, które uczą zadawania trudnych pytań.

Wojciech Kudyba, „Życie i śmierć Wielkiej Małpy”, [w] „Odra” 6(592)2011, s. 121-122.

Zawartość tej strony wymaga nowszej wersji programu Adobe Flash Player.

Pobierz odtwarzacz Adobe Flash

Projekt i realizacja: 1.2.1 STUDIO REKLAMOWE