Recenzja tomu: Krzysztof Kuczkowski, Wiersze maso¬we i inne. Towarzystwo Przyjaciół Sopotu. Biblioteka „Toposu", t. 53, Sopot 2010.

Nowa książka Krzysztofa Kuczkowskiego intryguje już samą swą okładką. Oto wczesny Peerel. Uśmiechnięta wiejska dziewucha w chustce i niedopiętej kurcinie, spod której wyziera wzorzysta sukienka; w krótkich kozaczkach i z papierosem w ustach stoi na tle największego daru, jaki Paliaczki otrzymali od Wielikowo Sowietskowo Sajuza – Pałacu Kultury i Nauki. Czyżby autor chciał nas zaszokować?...

Kto?! Krzysztof Kuczkowski? Nie. Tu nie ma nic przypadkowego. Spójrzmy na tytuł tomiku. Czy Wiersze [masowe] i inne, to nie brzmi jak „Pieśni masowe" albo „Antologia poezji rewolucyjnej"? Kiedy patrzę na ten tytuł, to prawie słyszę z setki piersi wyrywającą się pieśń Śmiało podnieśmy sztandar nasz w górę. I z tą pieśnią na ustach odwracam okładkę. Okładkę od wewnątrz w czerwonym jak robotnicza krew kolorze.

Wiersz pierwszy książki, Narcissus poeticus, wymaga szerszego omówienia. Choćby z tego powodu, że sam jeden wypełnia całą część tomiku zatytułowaną przez autora Przed. Jego akcja toczy się na początku lat sześćdziesiątych, kiedy to jeszcze „bańka ciszy/ przepływa pomiędzy wy-sokopiennymi krzakami/ agrestu i rozłożystymi koszami porzeczek białych/ i czerwonych". Czas dzieciństwa, niezideologizowany, czy¬sty, którego kres przejawi się w tym, że „będą umierać ogrodnicy – dziadek, ojciec, a ich synowie już nie będą umieli odnaleźć/ drogi do ogrodu (...) w końcu ich oczy przestaną// widzieć (...) nie będą umieli/ napić się wody ze studni (...) zresztą taka woda wydobyta z ciemnego dna studni już/ by im nie smakowała, zresztą tej studni już// nie ma, a może nie ma i nieba". Te długie wyjątki z wiersza zacytowałem nieprzypadkowo. Mamy tu obraz arkadii, rajskiego ogrodu, który znika. Ale nie ma w nim Boga, który wygnałby ogrodników z raju. Oni sami oślepli na ten ogród, zapatrzeni, a może zafascynowani tym, co jest poza nim. I nie ma Jezusa, który by mógł położyć im na oczach błoto, obmyć je wodą z sadzawki Siloe, dać wody żywej ze studni Jakubowej. „A co jest?/ Narcyz biały, drobny kwiatek, którego na północy/ nazywają lilią zielono¬świątkową, jego zapach, który jest istnieniem i język, który sam sobie/ wybiera usta, żeby przez nie mówić". Pozostała nadzieja. Usta, które będą głosić nowinę. Jaka będzie ta nowina?

Ustami Jeffa Buckley'a przemawia jego anioł, kiedy ten śpiewa cover Leonarda Cohena Hallelujah – twierdzi autor Tlenu, w wierszu otwierającym drugą część tomiku, noszącą nazwę Pomiędzy. Anioł przemawia też przez Pasoliniego, w jego ostatnim filmie Salo, czyli 120 dni Sodomy zrealizowanym na podstawie powieści Markiza de Sade. Jaki to anioł?

Jest czas Barbie. Tej, która miała być nieśmiertelna. Stała się jednak znakiem epoki nie przez nieśmiertelność. Nowa epoka zrezygnowała z nieśmiertelności, jej hasłem stało się raczej hasło: dediscero mori (zapomnij o śmierci). Barbie stała się znakiem właśnie poprzez obowiązującą dykcję, inaczej zwaną poprawnością. „- Patrz co mówi/ instrukcja:/ co siedem lat będzie/ zmieniać skórę,/ kolor włosów, poglądy,/ karty kredytowe" (Barbie). Będzie jak feniks.

Jest też czas poezji masowej, w której wszyscy zachwycają się pop muzyką, spijając z ust Katie Melua słowa z piosenki Nine million bicycles. Mówimy słowami tej piosenki nawet do siebie: „Na świecie jest mniej więcej sześć miliardów ludzi,/ co sprawia, że czuję się maleńka, a ty jesteś tym, kogo kocham najbardziej ze wszystkich" (Poezja masowa). Bo „najważniejsze, jest jednak to, że/ jesteśmy coraz mniej samotni. Jest nas coraz więcej i różnimy się/ coraz piękniej" chciałoby się dodać z ironią, za autorem, który tymi słowami zamyka inny wiersz tomu (Ken).

W wierszu o bardzo długim tytule: Noworoczny reality show z kuchni Państwa eM. Pierwszy wstał pan domu. Witaj Dorian, co nowego w waszej kuchni? mamy nową wersję Wydrążonych ludzi T.S. Eliota, która tak naprawdę okazuje się być Big Brotherem: „a w radiu kolejna/ reklama kolejnego filmu/ grozy: "Nieprzegap potężnej dawki lęku!" – brzmi negatyw słów, wypowiedzianych na początku pontyfikatu Jana Pawła II. Ten świat nie kończy się jednak, zdaniem Kuczkowskiego, ani hukiem, ani nawet skomleniem, ale milczeniem. Milczeniem drugiego człowieka. Obojętnością. A właściwie ten świat nie skończy się, ale „rozpocznie się ten świt". Jaki to świt?

W wierszu oddającym hołd zmarłemu niedawno Kazimierzowi Hoffmanowi, poecie, który całe życie prowadził dialog z wieloma artystami i filozofami naszej epoki, mamy niezwykłe odwiedziny. Hoffman odwiedza autora książki, pod postacią kosa (turdus merula), aby przypomnieć mu o Nalewającej mleko Vermeera; o hospicjum Sue Ryder w Fordonie; katedrze światła na poema.art.pl, czy polemice z Drugą przestrzenią Miłosza: „Druga, czy trzecia, to nie ma/ znaczenia. To nie my ją wymyślamy,/ to ona wymyśla nas". Ten wiersz, jako chyba jedyny w całym tomiku, wlewa w nas cieniutką strużkę nadziei, zawartej w ostatnim słowie: „Fiat – tak".

Najprzedziwniejszym natomiast wierszem tomiku jest dla mnie utwór Barbarzyńcy. Gdy go czytałem, natychmiast przyszedł mi na myśl Krawiec Sławomira Mrożka. Tyle że w tamtej sztuce barbarzyńcy opanowali stolicę i stopniowo zaczęli się „cywilizować", poddając władzy Krawca. Ci z wiersza Kuczkowskiego – widocznie nauczeni doświadczeniem poprzedników – byli już inni: „niszczyli instalacje elektryczne/ i lotniska, palili domy/ i rekwirowali samochody.// Do stolicy nie weszli, zajęli pozycje na przedmieściach/ z zainteresowaniem obserwowali/ rozwój sytuacji międzynarodowej/ bawił ich strach mieszkańców". Czekali. A my sparaliżowani lękiem unicestwiliśmy się sami.

Ostatnia część tomiku nosi tytuł Po. Jest ona, mam takie wrażenie, formą przepowiedni. Próbą wieszczenia tego, co czeka nas po obecnym Pomiędzy (tym czymś między początkiem i końcem).

Ostatnia część, a zarazem ostatni wiersz tego tomu nosi tytuł Śmierć Wielkiej Małpy. Ale, jak mniemam, nie chodzi tu o Yeti, którego Krzysztof Kuczkowski wspomina w wierszu Yeti zamieszkał nad nami. Ostatni wiersz jest powrotem do ogrodu, w którym już tylko wrony szukają padliny. „Świat jest pełen/ neurotyków. Zamkniętych na ogród./ Zamkniętych na Boga. To jest/ problem. Bowiem nikogo nie kochają". Kim jest ta Wielka Małpa, której śmierć przepowiada autor? I czy aby na pewno Po dopiero nastąpi?

Pozostaje jeszcze jedno nurtujące mnie pytanie. Jak to się wszystko ma do fotografii z okładki? Do brzmienia tytułu, czerwonego sztandaru. Co to wszystko ma do komunizmu czy realnego socjalizmu? Czy chodzi o to, że jesteśmy świadkami tego jak gatunek homo oeconomicusa pokonuje homo religiosusa, tak jak kiedyś homo sapiens zdominował neandertalczyka? Czy autor chciał nam raczej powiedzieć, że niezależnie od tego czy system społeczno-polityczny, w którym żyjemy, nazwiemy komunizmem, post-komunizmem czy liberalizmem – jeśli tylko oparty jest na filozofii relatywizmu, na braku miłości, to zawsze prowadzi nas do autounicestwienia? Czy tak?

Roman Misiewicz
W: „Nowa Okolica Poetów” nr 1/35/2011.

Zawartość tej strony wymaga nowszej wersji programu Adobe Flash Player.

Pobierz odtwarzacz Adobe Flash

Projekt i realizacja: 1.2.1 STUDIO REKLAMOWE