Bydgoszcz 1998, w: Topos 2-3(45-46) 1999

ODEJŚCIE "CZŁOWIEKA DO PISANIA"

Swój pracowity żywot poety, prozaika, dramaturga, krytyka literackiego, felietonisty zamknął Krzysztof Nowicki (1940-1997) czterdziestotrzystronicowym wyznaniem noszącym tytuł "Od rzeczy"*. Książka, która ukazała się już po przedwczesnej śmierci autora "Drugiego życia", jest rodzajem testamentu, a jak ja ją pojmuję - próbą maksymalnego zbliżenia się do prawdy życiowej i, jednocześnie, próbą ostatecznego z a p i s a n i a   s i ę w literaturze, co dla pisarza znaczy tyle, co być albo nie. Próbą wstrząsającą, przenikniętą dojmującą świadomością odchodzenia, a w tym szczególnym przypadku - urzeczowiania. Rachunkiem sumienia, który szuka dla siebie szczególnej formy: "Nie daję fikcji ani dokumentu. Jestem teraźniejszością, jaka właśnie przepada" - deklaruje autor w "Przed mowie". W efekcie mamy do czynienia z prozą pisaną krótkimi, dźwięcznymi zdaniami zbliżającymi ją do poezji i tak jak wiersze pozwalającą się, linijka po linijce, analizować i komentować. Partytura, której autor nadał tytuł "Od rzeczy" daje się czytać na różne sposoby i zawiera wiele fabuł składających się na jedno życie - historię "człowieka do pisania", który po czterdziestu latach zmagań z tajemnicą swego wnętrza, odnajduje się w końcu w "myślącej rzeczy" ukrytej pomiędzy innymi rzeczami.

U w a ż n e   c z y t a n i e zacznijmy jednak od początku, od tytułu.

"Od rzeczy"

Tytuł książki tłumaczy się na wiele sposobów. Sądzę, że wszystkie są w jakimś stopniu uprawomocnione. Pierwsze skojarzenie jest raczej oczywiste i moglibyśmy zdefiniować je hasłowo: człowiek w świecie przedmiotów, albo jak K. Nowicki owe przedmioty ironicznie nazywa - instrumentów (wieczne pióro, maszyna do pisania). Przy czym przedmioty to nie tylko "rzeczy" umieszczone na zewnątrz podmiotu, z "obrotami" których zmagamy się na co dzień (ich indeks wydaje się nie mieć końca, tutaj przykładowo: "Talerzyki z okruchami ciastek, łyżeczki powalane bitą śmietaną, strzępy papierowych serwetek, niedopałki ugaszone w popielniczkach."), to również najdosłowniej pojęte wnętrzności ("Jeszcze przed wyjściem z domu opróżniłem kieszenie, pęcherz, jelita, by nie brać ze sobą rzeczy zbędnych..."). To po pierwsze.

Po drugie: człowiek jest rzeczą pośród innych rzeczy. Na pierwszej stronie swojej prozy K. Nowicki postawił motto wzięte z Kartezjusza: "Skoro już nie mam ciała, jestem rzeczą myślącą". W pewnym miejscu narrator stwierdza: "Czuję ciężar samej rzeczy, którą Kartezjusz położył między innymi przedmiotami". To bezpośrednie "użycie" motta. Tych przywołań, deklaratywnych i kategorycznych, jest zresztą więcej: "Jestem rzeczą", "Jestem rzeczą pospolitą", "każdy z nas jest rzeczą". Konsekwencją bycia rzeczą, są: nieruchomość i milczenie ("Jeśli teraz jestem rzeczą, to moją siłą jest nieruchomość, a naturą milczenie"), doraźność istnienia ("Każda rzecz ma swój koniec"), niewiedza co do celu bycia ("Przeznaczenie rzeczy nie jest wiadome"), utrata suwerenności ("Znajduję się na łasce ludzi, którzy mnie posiadają....Jestem do nich przywiązany jak rzecz"), swoista anonimowość i wynikające z niej bezpieczeństwo ("Ukrywam się między rzeczami. One przynajmniej są zdrowe. Nie mają wnętrzności").

Kolejne skojarzenie wywołane tytułem: człowiek mówiący od rzeczy. "Od rzeczy", czyli bez sensu. Powiedzmy jednak od razu, że o bezsensowności wypowiedzenia nie świadczy tkwiąca w nim alogiczność czy po postu głupota, ale bezcelowość komunikatu. Sam akt komunikacji jawi się jako coś bezsensownego, właśnie - "od rzeczy". Narrator zdaje się twierdzić: mówię, a przecież wiem, że nie mogę być zrozumiany. Mówię swoim ciałem, krwią, swoimi wnętrznościami, językiem zrozumiałym tylko dla zmarłych. Żywi są po drugiej stronie percepcji: "Nawet ci, którzy słuchają, nie słyszą, co mówię".

Wcale nie uważam, że te trzy interpretacje tytułu (człowiek w świecie przedmiotów; człowiek jest rzeczą pośród innych rzeczy; człowiek mówiący od rzeczy) wyczerpują wszystkie tkwiące w nim możliwości znaczeniowe. Wymienione przeze mnie wydają się być zaledwie najbardziej oczywiste. Dla naszych rozważań istotne jest to, że wielość, ba, warstwowość znaczeń ewokowanych przez sam tytuł (temat) dają pojęcie o bogactwie właściwego tekstu (partytury). K. Nowicki pisząc swoją mowę pożegnalną, pisząc ciałem i krwią, osiąga prawdziwe mistrzostwo k r e a c y j n e. Przesądza o nim perfekcja, z jaką "ogrywa" choćby te przytoczone wyżej możliwości zawarte w tytule książki, precyzja, z jaką wykorzystuje ich potencję semantyczną. Nie zapominajmy, że spisując testament, a więc rzecz bardzo osobistą, autor nie przestaje korzystać z określonych reguł literackich i językowych. Jedną z podstawowych strategii pisarskich jest g r a (z czytelnikiem, z językiem, ze sobą samym, z konwencją literacką). K. Nowicki, mimo że pozbawiony złudzeń, m u s i kontynuować grę. Jest to jednak g r a o prawdę - czysta, bez blefów. Gra poważna, ostateczna, powiedziałbym - najpoważniejsza i najbardziej ostateczna gra pisarza.

A jeśli pisarz jest rzeczą,

"myślącą rzeczą"? Wydawać by się mogło, że przyjęcie takiej perspektywy musi postawić na głowie system wartości kojarzący się z wykonywaniem profesji pisarza, że całkowicie przewartościuje również życiową hierarchię ważności. Tak, ale nie do końca. Wiele sygnałów świadczy o tym, że pisarz będąc "myślącą rzeczą" nie przestaje być pisarzem, że emocje związane z uprawianiem literatury - choć zepchnięte na plan dalszy - nie opuszczają go całkowicie. Są nimi np. różnorakie żądze, sentymenty i rozczarowania ukrywające się w pojęciu "generacyjności" czy raczej "przynależności pokoleniowej". Pierwszy taki akcent znajdujemy już w skierowanej do poety Kazimierza Hoffmana, przyjaciela pisarza, "Przed mowie": "Schowałem się w szczelinie czasu, w jakiej mieści się nasze pokolenie". Kilka stron dalej napisze autor: "W naszym domu zamieszkał Różewicz. Tłumaczę się przed nim dlaczego nasze ťpokolenie bez biografiiŤ nie zdążyło na wojnę; pokolenie którego nie ma. Rozpadło się, rozsypało, więc teraz każdy z nas po cichutku umiera". Z emocją wspomina czasy funkcjonowania na literackiej giełdzie: "...nowe roczniki podchodziły mi do gardła", daje próbkę swojej determinacji we wspinaniu się na Parnas: "Przez lata jak wszyscy pracowałem na nazwisko, jakbym szukał miejsca na cmentarzu". Co i raz pojawiają się przepełnione smutkiem i pokorą zdania oceniające życie i pisanie (życiopisanie?): "żyłem i pisałem marnie" - powiada. A przecież to mówienie, te krótkie, naładowane jakimś wewnętrznym dynamizmem zdania, są ostatnią próbą z a p i s a n i a   s i ę w świecie. Po to, żeby ubywając, wyzbywając się złudzeń, wyplątując się z labiryntu liter - b y ć.

Zanim bardziej szczegółowo prześledzimy ten proces wyzbywania się pozorów, warto spytać o miejsce zasady porządkującej, osobie wierzącej w życie wieczne znakomicie pomagającej zmagać się z cierpieniami duszy i ciała, o Boga.

Rzeczy nie będą zbawione

"Nadeszła pora, żeby umierać, a ja odpowiadam na pytania o wyższości maszyny do pisania nad wiecznym piórem" - ironizuje autor. A jednak trudno oprzeć się przygniatającej logice tej refleksji. W końcu gdy zbliża się czas zdania rachunku ze swojego życia, mówienie o rzeczach najważniejszych wydaje się jak najbardziej na miejscu. A co zrobić, jeżeli bycie pisarzem było osią, wokół której obracała się egzystencja twórcy? Z "wiecznego pióra" boska jest tylko "wieczność", ale i ona w końcu okazuje się iluzją, pozostajemy przecież w świecie rzeczy. O "wiecznym piórze" i "wieczności" jest zresztą w "Od rzeczy" więcej: "Wymknąłem się z biblioteki jak mrówka, na którą poluje ognisty miecz wiecznego pióra. Jednakże nie mówię o wieczności, skoro żyłem przygodnie. Wreszcie jestem na nic".

Ważne zdania, niesamowita pointa. Oto pisarz, który wymknął się przeznaczeniu, który zobaczył, że poza "biblioteką" jest inny świat, jednocześnie doświadcza, że poza swoim przeznaczeniem jest "na nic". "Tamto" to było jego "wszystko", "to" jest jego nic. "Tam" był kimś będąc nikim, "tutaj" jest nikim, rzeczą, będąc kimś. Jeżeli "tam" żył bez wieczności, "tutaj" też usiłuje się obyć bez niej. Sposób użycia spójnika "skoro" zdaje się upoważniać do następującej rekonstrukcji: nie zasłużyłem sobie na taką łaskę, nie jestem godzien, aby w godzinie próby wiarę w "wieczność" wiecznego pióra zastąpić wiarą w byt wieczny. Pisarz zdaje się nie wiedzieć, że nikt sobie na tę łaskę nie zasłużył i nikt nie jest jej godzien. A nawet jeśli o tym wie, to przecież hoduje w sobie przekonanie, że "rzeczy" nie będą zbawione. "Nie mogę wystąpić przed Panem. Każda rzecz nie będzie wniebowzięta".

Twierdza duchowa (za Edytą Stein) nie została zdobyta. Samopoznający się podmiot przewartościował i odrzucił świat zewnętrzny, a "gdy Pan zapalił światło", zobaczył swoje wnętrze i... "znieruchomiał jak robak". Zrezygnował z walki zaledwie po przekroczeniu progu. "Nikt z nich nie ocali mnie przed nicością. Próbowały sutanny, mundury i fartuchy. Byłem za ciężki. W sam raz niebyt. Pan Bóg mnie nawet nie zauważył".

Myślę sobie jednak, że jeśli człowiek nie dostrzega Boga, to wcale nie znaczy, że Bóg zapomina o człowieku. Boże miłosierdzie słyszy każde wołanie. A cóż dopiero akty strzeliste: "Z Twoją pomocą, Panie, docieram do szatni", "Tymczasem słyszę trzask opłatka, jakby Pan szedł ku mnie po zmarzniętym śniegu".

Odejście "człowieka do pisania"

"Już wiem, że mam niewiele wspólnego z człowiekiem do pisania, który przy pomocy wiecznych piór, długopisów, wreszcie maszyny zmaga się z tajemnicą swego wnętrza". Rezygnacja z bycia "człowiekiem do pisania" obnaża nędzę wcześniejszej egzystencji ufundowanej na wierze w pismo i bibliotekę. "Pismo jest matką wszystkich kłamstw" - krzyczy. Wprawdzie "pismo ocala, ale równocześnie są koszty, o których państwu nigdy się nie śniło" - wyznaje przed audytorium na spotkaniu autorskim. Potem oskarża bibliotekę: "Różne głosy kłębiły się w mej głowie. Nie wiedziałem, które z nich wybrać. Czułem się jak człowiek - biblioteka". Biblioteka to moloch odbierający siły: "...jest jak smok, który nie umie zaspokoić apetytu ani ugasić pragnienia". Dwuznaczna rola biblioteki polega na tym, że "człowiek oczytany nic nie wie o sobie, jakby był ośnieżony, obsypany zwiędłymi liśćmi". "Człowiek oczytany" nie zdobywa mądrości, kumuluje informacje, gromadzi fakty. Wiedza przegrywa z cierpieniem ciała. "Najpierw straciłem ciało. Coś jest na moim miejscu. Może zwłoki". Zwłoki, więc rzecz. Myśląca rzecz.

To, oczywiście, nie jest nawoływanie do propagowania analfabetyzmu i palenia książek. Osobista tragedia autora "Od rzeczy" polega na grzechu idolatrii, błędnym ulokowaniu swojej ufności, na ubóstwieniu pisma i biblioteki, na zawierzeniu im swojego jestestwa. "Przez wiele lat, pełniąc różne role, umiałem udawać" - pisze w "Przed mowie". Po odrzuceniu ról "człowieka do pisania" i "człowieka - biblioteki", uniformu człowieka-litery ("Zaplątałem się w labiryncie litery, która mnie streszcza") i człowieka będącego "przecinkiem w potoku słów", pozostaje mu "nic". Obcowanie z cieniami zmarłych rodziców, dźwiganie ciała odmawiającego wypełniania swoich funkcji, uzależnienie od systematycznych wizyt w "pralni" (miejsce dializowania) i tabletek sorbonitu, pusta skrzynka na listy ("Nikt nie pisze do rzeczy"), milczący telefon. Samotność gorsza od śmierci ("Najpierw przychodzi śmierć, potem starość"). Poczucie zmarnowania życia.

Koda

Zapis "Od rzeczy" staje się jakby na naszych, czytelników, oczach. Jest teraźniejszością, jak już wcześniej powiedzieliśmy, poddaną kreacji artystycznej. I oto w ostatnich zdaniach swojego rachunku sumienia, autor próbuje ogołocić się również ze sposobu mówienia, z pewnego poetyckiego tonu tego zapisu, z rozwiązań podsuwanych przez wyobraźnię, ale przede wszystkim usiłuje poddać w wątpliwość koncept wywiedziony z motta, które jak pieczęć postawił na początku tomiku. Mówi otóż: "A jednak biorę udział w oszustwie. Mam nadzieję, że jestem człowiekiem, ale udaję, że jestem rzeczą, która stara się przetrwać". Miłośnik fikcji ma prawo w tym miejscu poczuć się zawiedziony, czytelnik współodczuwający jest usatysfakcjonowany. Odkrył obecność nadziei.

Na samym końcu tekstu dowiadujemy się też, że jedną z metod kreowania świata przedstawionego w "Od rzeczy" była wybiórczość notowanych zdarzeń ("Szkoda, że nie wypada pisać o wszystkim"), co jednak nie odbiera gęstości fakturze obrazu teraźniejszości. Paradoksalne - obraz ów staje się pełniejszy, bo wypełniony przez rzeczy konieczne. W zdaniach i literach "Od rzeczy" płynie krew, wypełnia je ciało. Innej krwi i innego ciała dla nas, czytelników, już nie będzie. Dla autora też nie. Dzieło zostało zamknięte. "Znak życia" został wysłany w przestrzeń międzyliteracką po to, żeby ż y ł własnym życiem, żeby świecił własnym światłem. Jest świadectwem jednostkowego życia, pochodzącym od "drobiny, która milknie". Wiarygodnym świadectwem człowieka wyznającego w ostatnich zdaniach swojego testamentu: "Roztrwoniłem swoją osobę. Zaślepienie i głupota". Pisząc "Od rzeczy" autor wyzbył się wszystkiego ("Nie uprawiam poezji ani prozy. To jest tylko znak życia. Ostatnia rzecz, która mi pozostała"). I pozostał.

Krzysztof Kuczkowski

*Krzysztof Nowicki: Od rzeczy, Kujawsko-Pomorskie Towarzystwo Kulturalne, Bydgoszcz 1998

Zawartość tej strony wymaga nowszej wersji programu Adobe Flash Player.

Pobierz odtwarzacz Adobe Flash

Projekt i realizacja: 1.2.1 STUDIO REKLAMOWE