(O "Prószeniu i praniu"* Wojciecha Kassa) w: Topos 6(67)2002

"Prószenie i pranie" jest trzecią, po "Do światła" (1999) i "Jeleniu Thorwaldsena" (2000), książką poetycką Wojciecha Kassa. Zadebiutował dość późno, bo mając 35 lat, za to jakby chcąc nadrobić poetycką młodość, kiedy to inni autorzy najpierw drukują w lokalnych antologiach i almanachach, potem latami publikują arkusze, by w końcu wydać debiutancką książkę, Kass w ciągu zaledwie czterech lat wypuścił w świat trzy tomy wierszy. Przy czym, oczywiście, nie o ich ilość tutaj chodzi, ale o jakość. Za dwa pierwsze zbiory otrzymał nagrodę im. Kazimiery Iłłakowiczówny i nagrodę Stowarzyszenia Literackiego w Suwałkach, trzeci tom, który tutaj omawiamy, miał okazję prezentować na Targach Książki w Warszawie wiosną 2002 roku.

Późny debiut i co z niego wynika

Czy jego wiersze tak samo dobrze zadomowią się w literaturze, jak utwory Józefa Kurylaka, który debiutował mając 48 lat i Janusza Szubera, który ujrzał swoje wiersze w książce mając lat 46? Na odpowiedź jeszcze za wcześnie. Niemniej na przykładzie Wojciecha Kassa widać błogosławieństwo późnego debiutu. Spróbujmy zatem odpowiedzieć, co jest tym dobrodziejstwem późnego i - wartościowego debiutu, bo tylko o takim warto mówić?
Po pierwsze, i bodaj najważniejsze, ukształtowany język poetycki, który w przypadku wymienionych twórców - Kurylaka, Szubera i Kassa - nie tyle staje się z książki na książkę, ile od razu jest gotową propozycją dla czytelnika. A mówiąc o języku mam na myśli także to wszystko, co z niego i na nim jest zbudowane, a więc poetycką frazę, styl mówienia, sposób obrazowania, specyfikę wewnętrznego rytmu wiersza itp.

Po drugie, dojrzałość myślenia wynikająca z różnorodności przeżyć i doświadczeń egzystencjalno-duchowych.

Po trzecie, większa niż u typowych debiutantów kultura literacka, będąca efektem dogłębnej znajomości tradycji piśmienniczej, ale też wynikająca z długoletnich przyjaźni poetyckich i z poważnej refleksji intelektualnej rodzącej się poprzez uprawianie innych gatunków literackich (krytyka literacka, eseistyka, formy wspomnieniowe).

Zapytajmy w takim razie, czy trzecia książka poetycka Wojciecha Kassa wpisuje się w naszkicowaną wyżej dobroczynną sytuację późnego debiutu i czy ją potwierdza? Jestem przekonany, że tak, że wpisuje się i potwierdza. I to pomimo tego, że "Prószenie i pranie" ani nie odkrywa światów, których by wcześniej w jego twórczości nie było, ani nie wymyśla "efektów specjalnych", od których aż roi się w książkach autorów mających w dorobku podobnie - dwie lub trzy pozycje, ale w metryce wpisaną znacząco późniejszą datę.

W głąb - do światła

Widać wzrastanie w poezji W. Kassa. Tyle, że jego wiersze rosną... w głąb. Wyznaczony tytułem debiutanckiego zbiorku kierunek "Do światła" zostaje utrzymany i ulega pogłębieniu. "Prószenie i pranie" jest - jeśli można tak powiedzieć - bardziej "do światła" niż poprzednie tomy. Dające się wyczytać z wierszy W. Kassa dążenie do wartości jakby ponad-egzystencjalnych, duchowych, związanych więcej z tamtą, przeczuwaną, niźli z tą, widzialną rzeczywistością, zostaje wyrażone w sposób bardziej zdecydowany. W wierszu pt. "Teraz" wyzna: (...) nie wiem, co znaczy boży człowiek, ale pragnę nim być. I być może, paradoksalnie, to większe pragnienie odsunięcia się od zawirowań współczesności, i towarzysząca mu tęsknota za uzyskaniem pewności, że istnienie człowieka ma jakiś sens naddany, że nie kończy się wraz z kresem jego ziemskiej wędrówki, że istnieje jakiś nadrzędny ład i prawodawca tego ładu, zwiększa dramatyzm nowych wierszy W. Kassa. Tak, jakby starły się w nich dwie przeciwne sobie siły - jedna odśrodkowa, wyrzucająca bohatera w ciemność, w przestrzeń niepewności i lęku, w przestrzeń o zakłóconym polu moralnej grawitacji, w rzeczywistość masek i szumu medialnych wynalazków, jak powiada w wierszu "Rozpoznanie". I przeciwna jej siła dośrodkowa, mająca moc skupiania na tym, co najważniejsze, mająca władzę prostowania ścieżek. Siłę tę określa niegasnące jest. Zgoda na trwanie. Na piękne trwanie. Ład, którego warto się trzymać ("Rozpoznanie").

Ład - chaos

Związek pomiędzy tymi dwiema siłami, "odśrodkową" i "dośrodkową", "zewnętrzną" i "wewnętrzną", to dialektyka dochodzenia do siebie, odnajdywania siebie takiego, jakim jestem w najtajniejszym zakątku serca, albo - jakim chciałbym być. Gra tych opozycji, różnie nazwanych, ale oznaczających w zasadzie ten sam dramat wyboru, występuje w całym szeregu wierszy z "Prószenia i prania", m.in. "Rozpoznanie" ("jasne" - "ciemne"), "Śpiew dusz radosnych" ("narodziny" - "śmierć", "prawica" - "lewica"), "Mała metafizyka" ("w dół" - "w górę"), "Do przyjaciela w szpitalu" ("początek" - "koniec"), "Nekrolog" ("biel" - "czerń"), "Cmentarzyk" ("światło" - "ciemność"). Na poziomie języka opozycje te korzystnie dynamizują wiersze, na poziomie refleksyjnym wskazują na ukryty w nich rdzeń, na opozycję: ład - chaos, która choć nie ujęta w słowa, to jednak tkwi w wierszach "Prószenia i prania" jak oścień.

Nie ufać "smolistym nocom"

Początki chaosu tkwią w latach szczenięcych. W wierszu "Droga do szkoły" wspomina o ciężarze drobnych grzeszków, zaś w utworze "Rozpoznanie", upatrując źródeł ładu w czystych i logicznie poprawnych zasadach szkolnej gramatyki, wyznaje: Zaiste, gdybym był pilniejszym uczniem nauk gramatycznych,/ nie popełniłbym tylu rzeczy, których się wstydzę. Podmiot wiersza "Do deportowanej Marii Woszczatyńskiej" czuje się winny uczestnictwa w epoce uciech i łatwej muzyki. Winny czego? Braku współodczuwania, ale też winny niedostatecznego uprawiania tego kawałka rzeczywistości, który został mu powierzony. Wina bierze się z przekonania, że własne nasze nieuporządkowanie powiększa obszar zła istniejącego obiektywnie. Tym "kawałkiem rzeczywistości" jest i nasze życie, i nasza miłość, i nasza wolność.

A chaos? Jego źródłem są przychodzące z zewnątrz pokusy wolności bez granic, zatrute głosy, znajdujące w człowieku biesią grzędę i okrutny trybunał, ciemny szum medialny, ale też własne "wynalazki", np. manipulowanie mową, w tym pewnie i poetycką, która bywa tłumikiem wystrzałów sumienia (z: "Dedykacja z oberży"). Słowem, udział w zatrutych zabawach zatrutego czasu jest potęgowaniem chaosu, zagęszczaniem ciemności. Napisze Kass: Ufałem smolistym nocom, które zawczasu nie budziły, a należało na nie mieć oczy otwarte jak okiennice na oścież. (z: "Rozpoznanie").

Poprawiać siebie, nie świat

Podmiot wierszy W. Kassa nie poprzestaje na rozpoznaniu sytuacji i nie ogranicza się na ciemnej lamentacji nad własną małością. W wierszu "Pieśń snu", pisze: (...) wiem, że wiara to sprawa serca, nie słów,/ że poprawiać świat zbytnim jest zuchwalstwem,/ lecz poprawiać siebie oto wyzwanie, a wyznaniu temu towarzyszy pokorne: Zaledwiem myszą, co poszukuje wnęki/ dla własnego garbu i pilnie baczy,/ aby nie urósł i był do pokonania.
Wydaje mi się, że w tym momencie możemy się pokusić o próbę zdefiniowania wewnętrznej zasady organizującej wierszopisanie autora "Prószenia i prania". Jest nią uparta, pełna pokory praca nad ocalaniem w sobie tego, co jest ze światła, praca, bo - jak pisze - Jasne domaga się rozpoznania. Ciemne nigdy, bo w jego mocy są maski. (z: "Rozpoznanie"). Tak więc zasadą tą jest ocalanie, przywracanie równowagi temu, co uległo zachwianiu i zamąceniu, a także porządkowanie, oddzielanie "promyków łaski od smug sztucznego światła, które mami nasze zmysły". W ostatnim zdaniu przywołuję wypowiedź W. Kassa z programowego artykułu zamieszczonego w cyklu: "Rzecz dla mnie, jako poety, najważniejsza" ("Topos", 1-2/62-63/2002). "Fragmencik świata - pisał poeta - (...) Mój wiersz nie tyle go buduje, co raczej oczyszcza, pozwala zrozumieć i na ile się da, oswoić". I dalej: "Chciałbym ufać, że ja sam posiadam sita, które przesieją nieznane, oddzielając światło od ciemności".

Nie wiem, jak mam dziękować

Trzeba przyznać, że w dorobku W. Kassa jest niemało wierszy prześwietlonych miłością, obrazów oddzielonych od ciemności. W "Prószeniu i praniu" to co dobre i szlachetne organizuje się wokół: (...) domu, który wygląda trochę tak,/ jakby spuszczony został na linach z (...) śmigłowca (z: "Wyznanie wiary") w sam środek lasu, i związane jest z bliskimi poety, z żoną i przyjaciółmi. Tutaj, na tym jego kawałku rzeczywistości: sosny prószą pyłkiem/ stół i zydle na ganku/ są jak pokryte zamszem/ a woda, w której płuczesz ścierkę/ mętna i zielonkawa/ niczym kwas ogórczany.// Na klonach każdego lipca/ zakwitają lepkie noski,/ co też prószą, ale inaczej,/ bo kręcą się jak wiatraczki./ Jesienią igiełki modrzewi/ usypują na trawie/ płaski archipelag (z: "Prószenie").

Wszystko jest ważne i wszystko podlega procesowi oczyszczania i sublimacji. W wierszu pt. "Oczekiwanie" napisze Kass: Uwaga przydaje ważność każdej drobinie, a pilność ją uświęca, a w "Rybaczówce": (...) większa staranność należy się życiu i zsuwającemu się słońcu,/ którego żar szminkował tylną szybę auta, wczoraj, gdy wracałem z rybaczówki. Trudno się zatem dziwić, że po jednym z takich zachłannych seansów chłonięcia urody świata z ust poety wyrywa się akt strzelisty: Doprawdy nie wiem, jak mam dziękować. Pozostawmy to Kassowe zachwycenie jako puentę niniejszego szkicu.

Krzysztof Kuczkowski

*Wojciech Kass: Prószenie i pranie, Wydawnictwo ISKRY, Warszawa 2002

Zawartość tej strony wymaga nowszej wersji programu Adobe Flash Player.

Pobierz odtwarzacz Adobe Flash

Projekt i realizacja: 1.2.1 STUDIO REKLAMOWE