w: Śląsk 8(106)2004

Wojciech Kass jako poeta zadebiutował tomem pt. Do światła w 1999 roku. Po pięciu latach od debiutu jest autorem czterech zbiorów wierszy, zauważonym przez krytykę i przez czytelników - nagradzanym, zapraszanym na prestiżowe spotkania, a nawet... namaszczonym na poetę osobnego przez starszego kolegę po piórze, Krzysztofa Karaska. Zdarzenie miało miejsce na łamach dziennika "Życie" w lutym tego roku, po wydaniu przez Kassa tomu pt. Przepływ cieni.

W wierszu pt. Polowanie na górę z tegoż tomu podmiot przeżywający zauważa, że "poeci przyjaciele zasiedli na swoich górach", czytaj: znaleźli swoją niepowtarzalną dykcję opisującą zarówno wnętrze ziemi, jak i jej okrąg, podczas gdy on sam "leży i odpoczywa w dolinie,/ nasłuchuje zwierzęcia krajobrazu (...)".

Czy jeszcze teraz, po wystąpieniu prasowym Karaska, autor Przepływu cieni byłby skłonny zapytać: "Jaka jest moja góra, czy ktoś ją widział?". Czy zewnętrzne oznaki docenienia i uszanowania jego poezji przesądziły o poczuciu wewnętrznej gotowości do objęcia w posiadanie GÓRY? I co jest dla poety tym miejscem szczególnym?

*

W tomie Przepływ cieni "góra" należy do najczęściej powtarzających się motywów. Obraz góry zwykle zjawia się bo-haterom wierszy Kassa we śnie. Posiada ona często charakter gnostycko-sakralny, bywa też duchową transpozycją pojęcia wstępowania, jak w wierszu pt. W ukryciu.

W otwierającym zbiorek liryku pt. Chłopiec, który idzie po lodzie góra jest i przedmiotem marzenia piszącego wiersz, i pojawia się we śnie "myślane-go" przezeń chłopca; jest figurą tajemni-czą, częściową jawną (zbocza), częścio-wo zakrytą (szczyt), odwołującą się do mitologiczno-alchemicznej symboliki.

Wiersz skonstruowany jest na zasadzie ciągu asocjacji, któremu początek daje czynność pisania na komputerze. Palce "ja" piszącego wędrują niepewnie po klawiaturze komputera, ześlizgują się z nich, stąd porównanie klawiszy do kostek lodu, dalej, z głębi pamięci przywołany zostaje obraz chłopca niepewnie stawiającego stopy na lodzie ("usiłował przejść po lodzie"). Chłopcem tym zapewne był sam piszący. Pamięć przywołuje nie tylko obraz chłopca, również jego sen o górze. W tym śnie najważniejsze wydawało się to, co zakryte, a więc wierzchołek góry. Rzeczywistość ukryta pobudza wyobraźnię. To w niej rozgrywa się cud istnienia - zakwitają róże, "które czeladnicy Hefajstosa/ oprawiają w bursztyn i srebro/ w słońce i śnieg."

Symbolika góry lodowej zakwitającej ogniem (róże), motyw solarny (słońce) skojarzony z lodem symbolizującym sztywną granicę oddzielającą świadomość od nieświadomości bliskie są gnostyckim przedstawieniom góry, w których szczyt wyraża zimno i ogień jednocześnie.

A Hefajstos? Dlaczego Hefajstos? W osobistej historii mitologicznego boga kowali i opiekuna rzemiosł róża pojawia się w funkcji dość dwuznacznej. To właśnie różą Kupido przekupił boga milczenia, Harpokratesa, aby ten nie ujawnił Hefajstosowi miłosnych przygód jego matki, Wenery.

A róża, cóż róża? W swojej przebogatej karierze była i symbolem miłości seksualnej i cnotliwego piękna.

*

Chłopiec, który idzie po lodzie, jest chłopcem piszącym wiersze. Czy tak zaczynała się wędrówka poety do własnej góry? Czy zaczynała się od marzenia, w którym nieprzyjazna zmarzlina nagle zakwitała pióropuszami róż oprawionych w bursztyn i srebro? Czy w takiej właśnie feerii barw objawia się mistyczny sens wierzchołka, łączącego niebo i ziemię?

*

W przywołanym wyżej wierszu pt. Polowanie na górę, podmiot śni, że: "(...) wielu już ma swoją górę/ a na niej, jak w sklepach, wywieszkę -/ <zdobyte> albo <zajęte> lub <spadaj>".

Kiedyś góry były siedzibą bogów, teraz - przynajmniej w śnie bohatera wiersza W. Kassa - rozsiedli się na nich poeci. Każdy z nich jest inny, każdy charakterystyczny, każdy samoswój, bo - co najważniejsze - na każdej górze jest miejsce tylko dla jednego. Cóż, nawet gdyby chcieli, to talentem dzielić się nie sposób, to pewne. Można go pomnażać, ale im więcej talentu, tym góra wyższa i większa alienacja. Takie niewesołe myśli wywołuje to kolokwialne "spadaj", warknięcie pod adresem wędrowca wspinającego się pod górę.

Myślę, że to jednak nie do końca tak.

"Ktoś, kto być może, wtedy mnie śnił y widział wędrowca, który wspinał się/ i zaraz schodził na plantacje dolin." (z: Polowanie na górę). To "schodzenie na plantacje dolin" jest nie tyle reakcją na odepchnięcie (mentalne, uczuciowe, intelektualne), ile świadomą decyzją kogoś, kto ma wewnętrzne przekonanie, że nie doświadczył jeszcze wszystkich obrotów ziemi, że to żywioł ziemski, cielesny jest jego najprawdziwszą ojczyzną, że wprawdzie widok z góry, owszem, otwiera rozległą panoramę, ale nie jest tym samym, co zbliżenie, zanurzenie się w krajobrazie, w jego sokach i trzewiach. I choć pozycja owych okupujących góry poetów-przyjaciół, których autor scharakteryzował na tyle precyzyjnie, by byli rozpoznawalni (K. Karasek, J. Napiórkowski, J. Szuber i in.), jest atrakcyjna i wzbudzająca szacunek własną osobnością, to jednak wybór autora Przepływu cieni wydaje się być oczywisty: "Teraz leżę i odpoczywam w dolinie,/ nasłuchuję zwierzęcia krajobrazu,/ zamiast racic ma rany,/ zaraz objawi się strumień,/ który zajrzy mu w ślepia i wpłynie do nich." (z: Polowanie na górę).

To "zwierzę krajobrazu" (animizacja godna Baczyńskiego) - góra mięsa -broczy ranami, za moment przez jego ślepia przepłynie strumień - poświadczający agonię czy przeciwnie - obmywający i ożywiający? Poeta leżący, odpoczywający w dolinie jest częścią tego "zwierzęcia krajobrazu"; jeżeli ono "zamiast racic ma rany", to poeta ma udział w jego ranach, jeżeli "zaraz objawi się strumień, który zajrzy mu w ślepia i wpłynie do nich", to poeta jest i strumieniem, i tym, przez którego ów strumień przepłynie. To jest jedność bytu. Sensualna i pochłaniająca. Z natury swojej telluryczna, a przecież uzależniona od wpływów kosmicznych. Wiersz pt. Całowanie gwiazdy kończy przejmująca strofa: "Poeta chłepcze językiem/ krew z gwiazd,/ o ile to krew,/ a nie lód."

*

"Jaka jest moja góra, czy ktoś ją widział?" Oto pytanie na bezsenne noce. Wiersz pt. Góra zamykający tom Przepływ cieni ostatecznie niczego nie wyjaśnia: "Za oknami noc/ jak zwęglone runo,/ jak grzbiet książki,/ która ma czarne stronice.// Doczekać świtu,/ choćby był górą/ wypalonych liter."

Chociaż czy rzeczywiście nie wyjaśnia...? Koniec końców tęsknota do własnej góry wydaje się być tęsknotą za określeniem swojej tożsamości, za odnalezieniem busoli wskazującej w każdych, nawet dramatycznie niesprzyjających warunkach, właściwy kierunek. Człowiek, który sam staje się busolą, jest człowiekiem mającym swoją górę.

A więc "Doczekać świtu"... Jeszcze raz zanurzyć się w życiu całym sobą, trwać, wzrastać. "Chwalić nasze małe życie". "Palić nasze małe ogniska". "Rozgrzewać naszą małą śmierć". Być. To jest właśnie to miejsce, ta GÓRA.

Krzysztof Kuczkowski

Zawartość tej strony wymaga nowszej wersji programu Adobe Flash Player.

Pobierz odtwarzacz Adobe Flash

Projekt i realizacja: 1.2.1 STUDIO REKLAMOWE